Hebrew Date: 1/1/5771 > Strona główna Częstochowska Gmina Wyznania Mojżeszowego
Gmina
Pocztówka 5 – Wigilia PDF Drukuj Email
Ocena użytkowników: / 3
SłabyŚwietny 
Wpisany przez Bakalarus   
Wtorek, 29 Grudzień 2009 08:04
Jedna rzecz powtarza się podczas Wigilii we wszystkich regionach Polski czy to u katolików czy prawosławnych – potraw musi być dwanaście. Owszem, zestaw dań może być trochę inny. Te same potrawy mogą być przyrządzane inaczej, ale niezwykle popularne są żydowskie wpływy w obrządku wigilijnym. W większości przewodników kulinarnych znajdziemy trzy potrawy o których zaraz napiszę, ale już w Przedborzu … to po prostu TRADYCJA - jak podkreślał Tewje Mleczarz. 
Ostatnio zmieniany w Wtorek, 29 Grudzień 2009 08:19
Więcej…
 
Wojtyła PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 08:03

Co to ja chciałem Państwu opowiedzieć? Aha, już wiem-będzie to opowiadanie o człowieku, który jest kuzynem zmarłego Papieża –Polaka i nosi to samo nazwisko. Może to się komuś wyda dziwne, ale fakt pozostaje faktem ; ja, Żyd, przez dobre kilkanaście lat pracowałem razem z kuzynem głowy katolickiego kościoła, Papieża, który przeszedł do historii jako Jan Paweł Drugi.

Jaki on był, ten- nazwijmy go mój Wojtyła ? Zwyczajny. Skromny, pracowity, cichy i nie wchodzący nikomu w drogę. Nie pamiętam dokładnie kiedy zaczął u nas pracować, było to na początku lat siedemdziesiątych w tzw. epoce wczesnego Gierka. Nasze biuro w niedużym, liczącym dwadzieścia tysięcy mieszkańców mieście Kęty, położonym niedaleko od niewiele większych Wadowic /wtedy jeszcze nie były takie sławne/,było filią dużego katowickiego biura wykonującego projekty i realizującego dostawy dla różnych gałęzi przemysłu. Któregoś dnia przyszedł do nas nowy pracownik, młody , po studiach, magister inżynier. Przedstawił się nazwiskiem ,które jeszcze wtedy nic nam nie mówiło; Wojtyła.

Franek, bo tak miał na imię nowy pracownik był trochę inny jak my wszyscy-młodzi, pełni pomysłów, zżerani ambicją wynalazcy, zdobywcy nagród i patentów. Wszak była to dekada Gierka, lata skoku gospodarczego, Polska miała rosnąć w siłę, a ludzie żyć dostatniej. Siedzieliśmy nad ostatnimi projektami dla Huty Katowice- inwestycji-molocha, której realizacja pogrążyła Polskę na wiele lat w gospodarczym kryzysie, zabrakło wszystkiego, od stali do papieru toaletowego. Terminy goniły, na budowie huty nie było dnia bez wypadku, wszystko musiało być gotowe na grudzień 1975r. na przyjazd dziadka Breżniewa, który –jak mawiali złośliwcy- mógł już sobie spuścić tylko surówkę z wielkiego pieca-choroba Parkinsona postępowała szybko. Stal z huty potrzebna była na sowieckie czołgi, te, które miały zawojować Europę i zatrzymać się dopiero nad Atlantykiem. Ale niedługo wybuchła Solidarność, a Reagan zdławił moskiewskiego potwora niskimi cenami ropy- jedyna skuteczna metoda także na Putina, którego nazwisko Francuzi wymawiają Putę i głupio się przy tym uśmiechają . Tak to ,kochana młodzieży , dla której to już prehistoria, plany Sowietów by wywołać światowy konflikt, ograbić zachodnią Europę i ocalić ZSRR- legły w gruzy.

Nasz Wojtyła miał do tego wszystkiego stosunek właściwy, tylko on jeden nie dał się zwariować; delegacji na budowę przeklętej huty unikał jak ognia piekielnego. My traciliśmy zdrowie na ostatniej wielkiej budowie socjalizmu, on też budował, ale dla siebie, nie dla Sowietów. Powoli i systematycznie, razem z teściem-murarzem, wznosili wygodny, obszerny dom dla przyszłych pokoleń Wojtyłów.

Niedługo po zakończeniu budowy huty Polak, kardynał Karol Wojtyła został wybrany Papieżem. Cała Polska oszalała z radości, a my zapytaliśmy kolegę: Ty, Franek, powiedz, ten nowy Papież to jakiś twój krewny? Wojtyła wziął jakby od niechcenia kartkę i starannie, pismem technicznym wyrysował drzewo genealogiczne. Faktycznie, pokrewieństwo było bliskie; jedna gałąż rodu Wojtyłów pozostała w Czańcu, wiosce o rzut kamieniem od Kęt, z niej był nasz Franek. Druga, z której był polski Papież

 

przeniosła się do Wadowic. Ładny gips, pomyślałem, jestem szefem bliskiego kuzyna Papieża. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co się za tym kryje i co ten polski Papież zrobi już wkrótce z Polską i Polakami.

W lutym 1981 roku całe nasze, wtedy jeszcze województwo, bielskie, stanęło w strajku. Był to pierwszy i jak się później okazało ostatni strajk, w którym brało udział kilka milionów ludzi. Wróciłem z urlopu, byłem na nartach w Zwardoniu i dołączyłem do kolegów, którzy już dwa dni siedzieli non-stop w zakładzie. Przytargałem z domu dmuchany materac, kożuch, koc, bieliznę na zmianę. Komitet Strajkowy pilnował bramy, bali się prowokacji. Ja łaziłem jak nie przymierzając święta krowa; znali mnie i moje poglądy na socjalistyczną rzeczywistość, nigdy ich nie ukrywałem.

I tak sobie strajkowaliśmy pełne dziesięć dni. Wałęsa przez radiowęzeł dawał nam rady co robić gdy władza użyje siły. Musimy stawiać bierny opór-grzmiał. Do diabła z takimi radami, mówiliśmy między sobą; nasze biuro projektów zajmowało dwa najwyższe piętra wieżowca, wydusiliby nas gazami aż miło. Ale władzy nie było spieszno do użycia siły, wiedziała, że chłopaki w Bielsku mają broń i amunicję. Z braku lepszego zajęcia w dzień kończyliśmy terminowe projekty, a nocami rżnęliśmy w brydża. Niewyspani, nieogoleni, wyglądaliśmy jak menele z dworca.

Dziesiątego dnia późnym wieczorem ogłoszono podpisanie porozumienia i zakończenie strajku. Postanowiliśmy przeczekać do rana by nie budzić najbliższych. W zakładzie nikt nie zmrużył oka; kierowcy i mechanicy z wydziału transportu zmontowali na poczekaniu orkiestrę i całą noc buszowali po wieżowcu grając i śpiewając. Było co świętować; Solidarność wygrała z czerwoną władzą. A w grudniu już było po wszystkim. Przywódca strajku Kosmowski po dwóch latach ukrywania się został zmuszony do emigracji, nam pozostały wspomnienia i biało-czerwone opaski. A Wojtyła zakończył budowę domu.

W styczniu albo lutym 1982 do mojego pokoju kierownika pracowni automatyki zapukał mały, łysy facet i się przedstawił; jestem z biura komisarza wojskowego w Andrychowie. Wtedy, w stanie wojennym, rządzili nami komisarze, jak po rewolucji bolszewickiej 1917 roku. Łysy usiadł i bez żadnych uprzejmości zaczął mnie przesłuchiwać: U pana pracuje niejaki Wojtyła, to prawda? Ano pracuje i nie niejaki tylko magister inżynier Franciszek Wojtyła, bardzo dobry projektant, a dlaczego pan się nim interesuje? No wie pan, przecież ten Wojtyła jest bliskim krewnym Papieża, czy on musi tu pracować, na naszym terenie?

Poniosło mnie, bez ceremonii wypchnąłem łysego za drzwi. Następnie wykonałem telefon do przyjaciela by dowiedzieć się co to za szuja złożyła mi niespodziewaną wizytę. To był masażysta. Tak go nazywał cały Andrychów bo będąc pierwszym sekretarzem PZPR jeździł po całym świecie z drużyną siatkówki klubu Beskid jako rezerwowy masażysta. Teraz spłacał dług wobec władzy wysługując się komisarzowi wojskowemu okręgu-też niezłej czerwonej świni.

Uprzedzając kolejną wizytę wysłannika komisarza-idioty zadzwoniłem do naczelnego dyrektora naszego biura, który był przewodniczącym jednej z ważnych komisji RWPG. Prosiłem o interwencję zanim przy kolejnej wizycie zrzucę łysego ze schodów. Stary się roześmiał i obiecał, że będziemy mieli spokój, prosił tylko bym nikomu o tym nie opowiadał. No cóż, minęło ćwierć wieku, teraz to tylko zabawna historia z zamierzchłej przeszłości.

A nasz Wojtyła po 1989 został sekretarzem miasta i gminy Andrychów i odtąd nasze drogi się rozeszły. Czasem tylko myślę czy to nie dziwne, że ten, którego nasz Franek Wojtyła nazywał wujek też miał przyjaciela-Żyda o imieniu Jurek. I to by było na tyle.

 
Chana i jej brat PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 07:59

To o czym chcę Państwu opowiedzieć rozpocznę słowami wiersza wspaniałego poety Jerzego Ficowskiego „List do Marc Chagalla”, oto i one:

Jaka szkoda, że pan nie zna Róży Gold,
Najsmutniejszej złotej róży.
Ona miała tylko siedem lat,
Kiedy skończyła się ta wojna,
Nie widziałem jej nigdy,
Ale ona oczu ze mnie nie spuszcza.
Dwa razy śniegi topniały na nich,
Dwa tysiące razy umierały
Sześcioletnie oczy Róży Gold.

Sześcioletnie oczy Róży Gold, zobaczyłem po raz pierwszy w zimie dwutysięcznego pierwszego roku, przeglądając książkę Alaina Untermana „Encyklopedia tradycji i legend żydowskich”. Już nie pamiętam, czego w tej książce szukałem, ale na stronie 209, było zdjęcie dziewczynki z „Łatą” przyszytą po lewej stronie sweterka. O Boże, pomyślałem w pierwszym odruchu, jaka ona podobna do mojej pięcioletniej wnuczki Justyny, nazywanej pieszczotliwie przez całą rodzinę „Tunią”, te same oczy, czoło, wykrój ust, tylko Tunia ma włoski jasne, a dziewczynka ze zdjęcia – ciemne, upięte starannie, zapewne przez mamę w dwa warkoczyki.

Zacząłem szperać według objaśnienia na końcu książki, zdjęcie pochodziło ze zbiorów Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie. Byłem tam, niczego nie wiedzą, pomyłka. Jan Jagielski, historyk stwierdził, patrząc na zdjęcie, to musi być dziecko z transportu Żydów węgierskich. Było ich czterysta tysięcy, wszyscy poszli do „gazu” w Auschwitz – Birkenau w ostatnich miesiącach wojny. Eichmann osobiście nadzorował transporty do Oświęcimia, nikt nie ocalał.

Nie poznam już małej Chany i nie zaproszę jej na lody, nie porozmawiam z nią, nie usiądzie przy mnie w kawiarni. Pozostanie na zawsze tam, na tej czarno-białej fotografii. I tylko te oczy, oczy, oczy tamtej dziewczynki Chany jeszcze wiele lat będą patrzyły na mnie oczami mojej wnuczki, kochanej Tuni. I tylko usta Róży Gold będą mówiły do mnie „dziadziu” ustami mojej wnuczki Justyny. A ja będę stał jak żona Lota, jak słup soli i będę mamrotał pod nosem tak, aby nikt nie słyszał słów cicho odmawianej modlitwy za małą Różę Gold. I będę bardzo uważał, by nie zapłakać, bo staremu człowiekowi nie wypada płakać przy pięcioletnim dziecku, a szczególnie nie należy płakać przy małej dziewczynce o imieniu Justyna, która na szczęście uniknęła losu sześcioletniej Róży Gold, najsmutniejszej złotej róży, jak napisał poeta Jurek Ficowski. Pewnie on także zobaczył we śnie albo na zatłoczonej warszawskiej ulicy małą żydowską dziewczynkę – Różę Gold, z gwiazdą Dawida, którą jej mamusia przyszyła do sweterka. I mała Róża razem ze swoją mamusią poszły tam, skąd się już nie wraca, bo po co?

 

. . . .

 

 

Całe dwa lata byłem pewien, że to już koniec tego krótkiego smutnego opowiadania, ale niestety okazało się, że życie potrafi pisać lepsze scenariusze od człowieka z jego ograniczona wyobraźnią.

Na jesieni 2002 roku wpadł mi w ręce wydany przez Greenwillow Books New York album fotograficzny autorstwa Chany Byers Abells i co się okazało?

Ano to, że Róża Gold to nie Róża tylko Chana i że ona miała braciszka, którego fotografia wraz z jej zdjęciem jest reprodukowana w albumie.

Braciszek Chany, którego imienia pewnie nie poznamy – chyba, że zdarzy się kolejny cud, ten mały bezimienny braciszek ze swoją siostrzyczką Chaną i reszta rodziny z transportu węgierskich Żydów, także zginął w jednej z czterech komór gazowych Auschwitz – Birkenau.

I teraz mój ból jest dwa razy może tysiąc, milion razy większy! I teraz mój płacz trwa dłużej, może do końca moich dni! I teraz pytam Najwyższego: Jak długo można opłakiwać potworną śmierć półtora miliona żydowskich dzieci zamordowanych w Holokauście? Ile trzeba płaczek? Ilu kantorów, by wyśpiewać ten straszny ból po stracie tylu dzieci w modlitwie „EL MALEJ RACHAMIM.” Boże pełen miłosierdzia? Ile milionów Żydów ma odmawiać kadisz, jak długo mają się modlić? Ile ubrań należy nadciąć i rozpruć? Jak zapalić jednocześnie półtora miliona żałobnych świec? Gdzie szukać półtora miliona dziecięcych ciał, aby je godnie pochować? Dlaczego nie można ich znaleźć? Co zwyczajowo wypowiedziane słowa „Niech pocieszy was ten, który jest wszechobecny. Niech pocieszy was pomiędzy wszystkimi, którzy smucą się na Syjonie i w Jeruzalem”. Czy te słowa mogą pocieszyć mnie, któremu zabito matkę, starszego brata i do tego jeszcze półtora miliona braci i sióstr?

Czy on odpowie na moje pytania? Kiedy odpowie? Czy w ogóle istnieje jakaś odpowiedź na te kilka prostych pytań?

Ja, żydowski chłopiec urodzony w więzieniu Gestapo w Smborze, cudem ocalony z zagłady, ja, któremu po wyzwoleniu lekarze dawali dwa miesiące do przeżycia, a żyję już sześćdziesiąt lat, ja, niedobitek epoki krematoryjnych pieców wołam do Ciebie Najwyższy z głębokości mego bólu, z głębiny padołu łez słowami liczącej ponad dwa tysiące lat Księgi Hioba:

 

3.11. Czemu nie umarłem w łonie matki, nie skonałem, kiedy wyszedłem z jej żywota?

3.13. Leżałbym teraz i odpoczywał, spałbym teraz i zaznał spokoju

3.16. Albo czemu nie byłem jak martwy płód pogrzebany, jak niemowlęta które nie ujrzały światła?

3.25. Czego lękałem się najbardziej, spotkało mnie, przed czym drżałem, przyszło na mnie.

 

To wszystko, co mogę wykrzyczeć memu Panu. A co mogę powiedzieć tym, którzy są ze mną na ziemi? Ludzie, dobrzy ludzie, czy widzicie te zdjęcia, czy możecie zapomnieć twarze Chany i jej brata?

Przechodniu, weź do serca wizerunek tej dwójki dzieci i módl się tak jak potrafisz, aby to co je spotkało nie wydarzyło się już nigdy więcej. Amen.

 

 

Oświęcim, 18 styczeń 2003r.

Ostatnio zmieniany w Środa, 04 Listopad 2009 08:02
 
LA CUMPARSITA PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 07:57

Hajfa, wrzesień 2006

To będzie opowiadanie o moim bł. Pam. Ojcu, zmarłym dokładnie 15 lat temu, wrześniowego poranka 1991 roku. Ale ja nie chcę wspominać tej strasznej chwili, w której zostałem naprawdę zupełnie sam, utraciłem ostatnią wątłą nić łączącą mnie z przeszłością. I stało się jasne, że od ojca już niczego się nie dowiem, że tylko cud może sprawić to, że poznam prawdę o moim losie, o życiu żydowskiego dziecka urodzonego, jak się to poetycko określa, w czarną noc hitlerowskiej okupacji. Następne lata dowiodły, że liczenie na cud wcale nie jest takie głupie jak się wydaje i że łaskawość B-ga, Ha-Szem może być równie wielka jak moja rozpacz po stracie taty. Jakiś nie dający się racjonalnie wytłumaczyć ciąg wydarzeń dziejących się jeden po drugim w różnych miejscach ziemskiego globu spowodował, że w okresie kilku lat prawie wszystkie fakty z mojej mrocznej przeszłości zostały wyjaśnione, że mogłem wrócić do prawdziwej tożsamości, odzyskać ją po prawie pół wieku życia ze zmyślonym życiorysem.

Tytuł tego opowiadania to jednocześnie nazwa modnego przed wojną argentyńskiego tanga. Kto je dziś jeszcze pamięta? Ja, czyli nikt. Widzę mojego tatę siedzącego przy fortepianie w naszym pięknym, częściowo umeblowanym przez fryców, a częściowo tym, co się udało kupić z szabru, mieszkaniu w Bytomiu. Mieszkaliśmy w jednym z budynków przy dawnym Adolf Hitler Platz. Zostały zbudowane jako mieszkania dla Gestapowców, którzy urzędowali w dużym budynku zamykającym plac, teraz mieści się tam jeden z wydziałów Akademii Medycznej. Cały plac do dzisiaj jest zarośnięty drzewami. Są to przeważnie dęby, które tak lubili przywódcy Trzeciej Rzeszy. Niedaleko, na targach staroci można w każdą pierwszą sobotę i niedzielę miesiąca obejrzeć lub zakupić na własność hitlerowski Krzyż Żelazny z Dębami, ale zalecałbym ostrożność, większość egzemplarzy to podróby.

Na środku placu, na wysokim betonowym cokole leżał odlany w spiżu lew, którego rycząca morda była skierowana Drang Nach Osten, na wschód. Podobne lwy ozdabiały ulice większości niemieckich miast, Bytom nie mógł być wyjątkiem, należał do Trzeciej Rzeszy. W starożytnym Rzymie takie lwy, tyle, że wygłodzone pożerały chrześcijan, w dwa tysiące lat póżniej musiały się zadowolić Żydami z Getta. Marny to był łup, skóra i kości. Jako grzeczne dziecko mogłem tylko z okna patrzeć jak na początku lat pięćdziesiątych rozbijano ten pomnik, teraz w tym miejscu jest fontanna z amorkami.

A więc mamy lata pięćdziesiąte, tata gra to nieśmiertelne tango La Cumparsita na krótkim fortepianie firmy Bechstein przywiezionym z Sambora, niedużego, liczącego 30 tys. mieszkańców miasta niedaleko Lwowa, gdzie się udzielał jako lokalny Playboy. Przystojny był, oczy jak u modnego aktora Roberta Taylora i uśmiech zniewalający damskie serca. Teraz atrybuty Playboya to; skóra, fura i komóra. Tamten przedwojenny Playboy to była po prostu wysoka kultura, dowcip, elegancja w dobrym stylu, najlepiej angielskim, tek. Gdzie dziś można spotkać te kapelusze, getry pumpy, muchy i krawaty w szkocką kratkę, krótko przystrzyżony, wypielęgnowany wąsik, sygnet z czarnym oczkiem na serdecznym palcu lewej dłoni. I te dłonie pianisty, straszny wabik na kobiety.

Ze zdjęcia wykonanego 12 sierpnia 1939 roku patrzy na mnie twarz 31-letniego mężczyzny bez wyrażnych semickich rysów. Ja także w młodości nie wyglądałem na Żyda, a teraz kiedy pytam żony jak wyglądam, ona odpowiada, że jak Czech. Jaki Czech, pytam. Nie Czech durniu, tylko trzech Żydów w kupie-tak wyglądasz. Człapię do lustra, no faktycznie coś się na stało z moją twarzą. Dobrze, że od wojny minęło sporo czasu bo z takim wyglądem byłbym pewnym kandydatem do gazu. Teraz gaz jest tylko w kuchence. Czasem, jak któremuś z nas znudzi się codzienne oglądanie w lustrze jego żydowskiej mordy, to otwiera sobie gaz i nie zapala, a nuż się uda. Cóż z a niestosowność panie Żydzie; tak umierać w tym gazie jak miliony w czasie wojny?. Nie lepiej nażreć się tabletek i dla pewności zapić wódą. Ćwiczyłem ten numer, a jakże ćwierć wieku temu. I co? I nic, wyrzygałem wszystko jak kot i przez to teraz męczę czytelników moimi opowieściami. A mogło być tak pięknie; cisza, spokój, zero problemów. Taki to mój pech.

No cóż, wracajmy do gabinetu ojca bo już słychać kolejny utwór w jego wykonaniu; Tango Milonga. Znał tych tang dużo. Jednego tylko nigdy nie zagrał; Ta Ostatnia Niedziela. Bo w naszym domu miało być wesoło i szlus.

W drugim pokoju stało dobre wiedeńskie pianino kupione od szabrowników. To był tylko mój instrument, fortepianu nie lubiłem, bo trzeba było mieć sporo krzepy żeby porządnie na nim zagrać, a ja nigdy nie byłem za silny, w szkole miałem ksywę jajko. Starzy posyłali mnie na lekcje muzyki do emerytowanej pani profesor. Straszna to była piła, dzięki niej do dziś mam wstręt do muzyki klasycznej. Przez to granie mało mnie nie wyrzucono ze szkoły bo zamiast ćwiczyć fragmenty V symfonii Beethovena aby zagrać na uroczystym apelu ku czci towarzysza Stalina ja, zamknięty w Sali do nauki śpiewu grałem modne boogie-woogie aż szyby drżały. Na to wpadł dyro i zastał mnie przy pianinie, a moich koleżków z klasy w trakcie tradycyjnego obmacywania dobrze już rozwiniętych koleżanek. Zrobiła się afera, gdyby nie mój papcio, członek egzekutywy komitetu partii wylano by nas z budy jak nic. Stary miał w komitecie partyjnym mocną pozycję jako członek przedwojennej KPP i ten, który pisze przemówienia pierwszemu sekretarzowi. Sekretarz był półanalfabetą, ale miał słuszne, robotnicze pochodzenie. Przez to cholerne granie najpierw na fortepianie, a potem na gitarze długo nie mogłem stracić cnoty bo na prywatkach miałem zajęte ręce. Gdy byłem już dorosły tłumaczył mi taki drugi zdolny; Co się k… dziwisz, my muzycy zawsze mamy najgorzej:Goście proszą żeby grać, a jak w przerwie przelecisz jakąś panienkę to od razu jest afera.

Kiedy obserwowałem cnotliwe życie mojego synalka w latach, gdy chodził do szkoły, to mi go było szczerze żal. Ja w liceum przez cztery lata nie darowałem żadnej soboty w karnawale. W każdym liceum, a było ich w Bytomiu w sumie pięć, odbywały się kolejno potańcówki. Gdzie te czasy. Teraz tylko studniówka, czasem bal maturalny i fora ze dwora. Nas nie dało się tak łatwo pozbyć, co bardziej cwani repetowali klasę by mieć nowe koleżanki do macanki i czas niezbędny aby się wyszumieć. A co teraz szumi naszej młodzieży? Wentylator w komputerze.

Ale co tam ja, papcio, ten to dopiero miał dobrze! O tym co wyrabiał w Samborze dowiedziałem się już po jego śmierci od dawnego znajomego, nauczyciela języka niemieckiego Leona Helda, który ożenił się z Ukrainką i nie wyjechał w 1945 roku do Polski jak my wszyscy. Ten 90-latek tak barwnie opowiadał o moim starym jakby to wszystko wydarzyło się wczoraj, a nie 70 lat temu.

Zeznał m. innymi, że tate miał flower, jak nazywano wtedy z angielska wiatrówkę czyli karabin na śrut. Z tego flowera wczesnym rankiem, gdy starsze i młodsze Żydówki wynosiły na ganki/ tak nazywano balkony/ pełne po nocy porcelanowe nocniki strzelał, a oko to on miał panie kochany, że pozazdrościć. Taki rozbity nocnik z rozlaną po balkonie zawartością to żadna radość dla gospodyni. Wkrótce oburzone kobitki gnały do rabina by uspokoił wandala. Ale tate do synagogi nie zachodził, taki bardziej niewierzący był, dlatego poranne strzelanie ustało dopiero, gdy babcia zmyła mu głowę.

Była też w Samborze drużyna piłki nożnej, duma całego miasta, Sokół się nazywała. Ojciec był wysportowany; grał w tenisa, pływał wpław i kajakiem. Chyba dlatego gdy przed decydującym o wejściu do ligi okręgowej meczem zachorował nagle obrońca to właśnie tacie zaproponowano by zagrał na byku-tak wtedy nazywano obronę. Oczywiście tate jako dobrze wychowany młody człowiek, a przy tym żydowski wunderkind, przekonywany od małego, że wszystko potrafi zgodził się natychmiast.

Ta panie, ta pan wisz co to był za mecz. Pana tatuś, ta piłkarzem to on chiba nie był, ale co to za sprytna bestia. On panie nic, ino wykopywał piłkę za boisko. Piłka na trybunach, sędzia wrzeszczy żeby oddać, kibice ni cholery oddać nie chcą, przeciwnik lata po boisku wnerwiony, no mówię panu istny cyrk nie mecz. No i co pan powiesz, wygraliśmy jeden do zera, a pana tatę kibice na rękach nieśli do szatni. Ale więcej już nie zagrał, podobno żona mu zabroniła.

Nic dziwnego, pomyślałem. Mamusia, córka niebiednego kupca ze Lwowa nie mogła się zgodzić by jej ślubny latał w krótkich gatkach po boisku i miał zajętą każdą niedzielę.

Przenieśmy się teraz w połowę lat 50-tych. Regularnie dwa razy do roku wyruszaliśmy całą rodziną na wczasy do Zakopanego lub Krynicy. W sumie nie było nas mało; osiem osób z czego tylko jedna, druga żona ojca nie była Żydówką, wtedy tego jeszcze nie wiedziałem. Stryj/brat ojca/ Witek, zjeżdżał z Krakowa z żoną Janką, która jedyna ocalała ze znanej tarnowskiej rodziny Margulies. Następny był kuzyn ojca, pułkownik Jerzy Rowiński, rektor Wojskowej Akademii Medycznej w Łodzi. Przyjeżdżał razem z żoną i synem, ruchliwym jak wesz Januszkiem. My, to znaczy tato, jego druga żona i ja przyjeżdżaliśmy z Bytomia obładowani jak zawsze damskimi ciuchami.

Dzieci, czyli kuzynek Janusz i ja, robiliśmy wszystko by starym te wczasy maksymalnie obrzydzić. Ja na ten przykład zabierany byłem na popołudniowe fajfy lub wieczorne dansingi, bo bałem się zostać sam w pokoju. Gdy tylko rodzice szli tańczyć wybiegałem na parkiet i wbijałem się między nich łbem, albo pętałem się pod nogami. Być może byłem podświadomie zazdrosny o drugą żonę ojca, przystojną brunetkę młodszą od niego o dziewięć lat. Nazywają to kompleksem Edypa i jest na ten temat stary, żydowski dowcip: Przychodzi młoda, dobrze zbudowana jidysze mame do doktora i pyta dlaczego nieletni synalek ją obmacuje. Lekarz mówi krótko; to pewnie kompleks Edypa. Poczciwa mame spogląda na konowała niczego nie rozumiejąc i stwierdza; E tam, Edyp, szmedyp, grunt żeby dziecko kochało mamusię, ot co!

Po tej krótkiej dygresji czas wracać na parkiet krynickiej Patrii lub zakopiańskiego Morskiego Oka. W czasie gdy ja się zmagałem z Edypem, kuzyn Januszek, istne półdiablę czołgał się pod stolikami i gryzł gości lokalu po nogach nie oszczędzając nikogo. Nie wiem jaki kierował nim imperatyw, może chciał zwiększyć frekwencję na parkiecie i tak nabitym do granic możliwości. Ktoś w końcu dopadał małego gryzonia i wyciągał go spod obrusa z triumfalnym: Mam go! Wtedy do akcji wkraczał tatuś Januszka, lekarz-pułkownik w mundurze z baretkami licznych medali wojskowych. Zdobył je za Kampanię Wrześniową i Powstanie Warszawskie gdy jako chirurg uratował życie wielu rannych operując ich pod ogniem wroga. Mówili, że nigdy mu nawet powieka nie zadrżała gdy obok padały bomby. Teraz też był spokojny, wstawał z krzesła i z wysokości/ miał chyba metr dziewięćdziesiąt wzrostu/ grzmiał na śmiałka, który upolował Januszka: A szanowny pan czego sobie życzy, nie widzi pan, że to jeszcze dziecko, hę? Tak to sobie zapamiętałem. A Januszka już dawno nie ma: Kiedy poszedł na medycynę też spokojnie nie usiedział. Pewnej zimowej nocy rajdował z kumplem po oblodzonych ulicach Łodzi, wpadli w poślizg, wylądowali na słupie, nie było co zbierać. Przez całe dziesięciolecia po jego śmierci byłem przekonany, że z mojego pokolenia naszej rodziny zostałem tylko ja. Aż tu w 2002 roku odnalazły się dwie kuzynki ojca mieszkające od ponad pół wieku w Izraelu i się okazało, że mam czterech kuzynów. Ale oni nie uważają, że jesteśmy rodziną, żyją dniem dzisiejszym, przeszłość ich nie interesuje. A ja już półtora roku mieszkam w Izraelu, w tym samym mieście, co jedna z dwu odnalezionych cudem przed sześciu laty kuzynek taty, ciotka Hela. Jestem tu z żoną, którą poznałem cztery lata temu na obozie Fundacji Laudera. Ta skromna, żydowska panienka młodsza ode mnie o całe osiemnaście lat dopiero teraz widzi jakie szczęście ją spotkało; mąż stary opój i wariat, niespełniony muzyk i literat. Trudno, sama chciała. Bo mówiąc między nami, to w życiu jest tak, że; panie wybierają panów- jak przy białym tangu. I tak wróciliśmy do tytułowego tanga La Cumparsita. Czasem zdarza mi się je usłyszeć i wtedy choć na chwilę przenoszę się myślą w czas dzieciństwa.

 
Lwów PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jerzy Bander   
Środa, 04 Listopad 2009 07:51
Matce mojej Rozalii Thun
zamordowanej w Obozie Janowskim
i jej rodzinie zamieszkałej we Lwowie
przy placu Strzeleckim 12
– nikt z nich nie przeżył wojny
~poświęcam~

Obudził się z krzykiem – było jeszcze ciemno. Nacisnął przycisk ręcznego zegarka leżącego na nocnym stoliku – tarcza rozświetliła się na zielono – piętnaście po piątej. Który dziś dzień – pomyślał? Datownik pokazywał SAT 8. Aha – sobota, ósmy września 2001 roku. Jeszcze nie wiedział, że to będzie jeden z najdłuższych dni w jego życiu.

Z trudem usiłował sobie przypomnieć wczorajszy dzień. W piątkowy wieczór Towarzystwo Żydowskiej Kultury – koło terenowe w Truskawcu zaprosiło ich, trójkę Żydów z Polski na tradycyjny „szabes”. Tak dużo chciał powiedzieć tym miłym, dobrym ludziom i znów mu się nie udało. Wstał, wyszedł na środek sali i głos uwiązł mu w gardle. Uciekł w kąt, usiadł na krześle, ukrył twarz w dłoniach, by nie widzieli jego łez i to był już koniec.

Jak zwykle sytuację uratowała niezawodna Misia. Mówiła spokojnym, równym głosem o tym, kim jest i czym się zajmuje. Powiedziała, że jego matka zginęła tu, niedaleko w obozie Janowskim we Lwowie, razem z 200 tysiącami Żydów, których tam zamęczono, że matka ojca Salomea Robinsohn, co szyła męskie koszule w Samborze, popełniła samobójstwo zażywając truciznę w Parku Stryjskim we Lwowie. A może ktoś z rodziny się ukrył i przeżył aż do kwietnia 1943 roku, gdy w trzeciej akcji na żydowskim cmentarzu likwidowano niemowlęta, rzucając je o mur, co do dziś stoi i zabijano strzałami a potem ośmiuset Żydów rozstrzelano w lesie radłowickim zaraz za Samborem. A może zginęli dopiero w czwartej akcji w czerwcu 1943, gdy w nocy Niemcy obstawili getto i podczas czterech długich dni zlikwidowali ostatnie kilkaset osób. Może, może, może....

Teraz siedział na krześle z twarzą w dłoniach a Misia mówiła za niego. Widział łzy na twarzach kobiet i mężczyzn. Kurka, pomyślał, po cholerę tu przyjechaliśmy, ładny zrobiliśmy im szabat – biedni Żydzi. Resztką sił podniósł się z krzesła, wyjął gitarę z futerału, popłynęły pieśni: Szabat Szalom, Evenu Szalom Alechem, Bubliczki, Miasteczko Bełz. Bełz, Sambor, Drohobycz, Borysław, Lwów – czy to nie wszystko jedno? Wszędzie tam wykończyli naszych, ale my się nie damy. „Nada zapić i zabyć” jak mawiają Ruscy, ale niestety nie mówią ile trzeba wypić, żeby zapomnieć. Chyba nikt tego nie wie.

Dzisiaj sobota. Trzeba jechać rano do Lwowa na otwarcie festiwalu książki żydowskiej. Jechali po „harmoszkie”, jak miejscowi nazywają tutejsze drogi pełne dziur i wybojów. Mały Hyunday, który świetnie radził sobie z drobnymi nierównościami, podskakiwał jak piłka. Dojechali do centrum Lwowa, weszli do Starej Prochowni przy Podwalu, gdzie była wystawa. Narastał niepokój, lęk przed czymś nieokreślonym, wiedział, że coś się stanie, nie wiedział tylko, kiedy i gdzie. Wszystko wróciło, Lwów, Sambor, getto, obóz na ulicy Janowskiej. Musiał wyjść z budynku natychmiast, zaraz, był po zawale, z trudem chwytał powietrze. Usiadł na murku i zaczął się rozglądać. Przypomniał sobie, co mu mówili, przecież dwa kroki stąd powinien być plac Strzelecki, gdzie pod 12 tką mieszkała przed wojną matka, jej siostra bliźniaczka i brat.

Nie wiedział, co go pchnęło w tamta stronę - nogi same niosły na prawo a potem w dół. Szedł ze spuszczonym łbem nie myśląc i nie patrząc przed siebie, aż coś mu kazało stanąć i podnieść wzrok. Zobaczył numer 12 na bramie dwupiętrowego domu. Bulwar Halickiego – pisało, – ale on już wiedział, że to tutaj, że to ten dom.

Wszedł krętymi, drewnianymi schodami na pierwsze piętro, zadzwonił do pierwszych drzwi. Usłyszał przestraszone głosy, „kto wy, otkuda”? Ja z Polski, proszę otworzyć. Wizjer się zamknął i uchyliły się drzwi. Młoda kobieta przepraszała, wie pan my Polacy, same kobiety w domu, boimy się Ukraińców. Wtedy jeszcze nie wiedział, że ich dziadka, gdy w 1944 poszedł do Bursztyna po pomoc, Ukraińcy zamordowali w bestialski sposób a teraz spokojnie patrzą, jak samotne trzy kobiety: babcia, matka i córka powoli zdychają z głodu i zimna w przedwojennym mieszkaniu. „Jedźcie do swojej Polski – mówią - was tu nie trzeba”. Taki los.

Spytał - czy nie znają kogoś, kto tutaj mieszkał przed wojną. Ależ tak – odpowiedziała wnuczka. Z pokoju wyszła babcia – rocznik 1925. A kto to? – spytała. Nazywam się Bander, tu mieszkała moja matka zanim ją zabili Niemcy na Janowskiej.

Stara kobieta patrzyła i patrzyła – ojciec był wyższy –powiedziała, ale jest pan podobny. Potem łzy jak grochy popłynęły po jej pomarszczonej twarzy. „Panie, pan nie wie, co tu się działo”, skąd niby miał wiedzieć? Usiedli przy stole pod oknem i zaczęło się. Jeszcze nie przypuszczał, że wyjdzie stąd po dobrych dwóch godzinach pochylony, jakby mu przybyło kilkanaście lat. Z całej rodziny okupację przeżyli tylko on i jego ojciec, który do końca życia nie chciał mu niczego powiedzieć. Teraz białe plamy historii jego rodziny wypełniły się kolorami. Niestety przeważał kolor czerwony; krew, morze krwi. Nikt nie ocalał. Trząsł się i płakał – prawda była straszna. W skołatanej głowie tłukły się słowa piosenki: „Lwów, kochany Lwów – jedno słowo a tyle ma treści”. Oj ma. Powoli wracał do rzeczywistości. Szedł w dół w stronę Rynku i Ratusza. Jak na zepsutej fotografii wszystko miało kolor czerwony, kolor krwi – niebo, domy, drzewa. Widział dzieci żebrzące na ulicy. Starzy ludzie mówili mu „Panie, gdyby przed wojną dziecko wyszło żebrać na ulicę to prasa by o tym pisała, a teraz?” Widział krzywe chodniki, odpadające tynki, niemalowane od dziesiątków lat ramy okien. Czuł smród toalet. Tylko drzewa pozostały piękne, szumiące. Liście olbrzymich kasztanów żółkły i opadały. To już jesień – pomyślał. Wiedział, że odtąd zawsze będzie tu przyjeżdżał. I tak wrócił do Lwowa, do „swojego” Lwowa.

Ostatnio zmieniany w Środa, 04 Listopad 2009 07:54
 
<< Początek < Poprzednia 1 2 3 4 Następna > Ostatnie >>

Strona 1 z 4